Mogła być rozstrzelana, ale uszła z życiem. Wspomnienia Kresowiaków

  • 09.01.2022, 13:15
  • Joanna Gerlich
Mogła być rozstrzelana, ale uszła z życiem. Wspomnienia Kresowiaków Mirosław Maciaszczyk, Ludmiła Starzec i Andrzej Szmigiel
W grudniu oficjalnie zawiązało się Stowarzyszenie Kresowe Strzelec, do którego należą potomkowie Kresowiaków, a także miłośnicy historii. W ramach projektu „Kresy - ocalić od zapomnienia”, który był realizowany we współpracy z Miejską i Gminną Biblioteką Publiczną w Strzelcach Opolskich powstała książka. Mirosław Maciaszczyk, Ludmiła Starzec i Andrzej Szmigiel podzielili się z nami swoimi wspomnieniami.

Niesamowita więź
Ludmiła Starzec pochodzi z rodziny polsko-rosyjskiej. Urodziła się w 1949 roku w Kołomyi na Kresach.
- W 1957 roku moja babcia zadecydowała, że wraca do Polski do męża. Dziadek wyjechał wcześniej, dostał mieszkanie i pracę w cukrowni w Łagiewnikach koło Wrocławia. Pamiętam, że w Kołomyi na naszej ulicy mieszkało dużo Polaków i ludzi wielu narodowości. Wszyscy tworzyliśmy wielką rodzinę. Żyliśmy w biedzie, ale w przyjaźni. Wspólnie przeżywaliśmy radości i smutki - wspomina pani Ludmiła.
W Kołomyi chodziła do ukraińskiej szkoły i tam uczyła się języka ukraińskiego. 
- Ze względu na to, iż moja mama była Rosjanką, nie posługiwała się biegle językiem polskim, więc nasze rozmowy odbywały się w języku rosyjskim. Dziadkowie i mój ojciec rozmawiali ze mną w języku ojczystym. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Kołomyi w grudniu, żegnała nas cała społeczność. Było to niesamowite, jaka między nami była silna więź. Pamiętam, jak trzy razy wsiadałam i wysiadałam z pociągu. Podjęcie decyzji było dla mnie jako dziecka bardzo trudne. W Kołomyi zostawała moja mama i brat Igor. Zdecydowałam się jednak na wyjazd z bólem serca, będąc przekonaną, że reszta rodziny szybko do nas dołączy - wspomina strzelczanka.
Mimo wielu starań połączenie rodziny nigdy nie doszło do skutku, ponieważ mama była Rosjanką. Babcia była bardzo dobrą i ciepłą osobą, dawała wnuczce wiele ciepła i otuchy.
- Myślę, że tylko dzięki niej przetrwałam ciężki okres dorastania bez mamy. Po przyjeździe do Polski mogłam kontaktować się z mamą wyłącznie listownie. Listy mamy do mnie były pisane w języku rosyjskim, a moje do niej po polsku - wspomina Ludmiła Starzec. 
Kiedy przyjechały do Polski, była Wigilia, a w domu czekała na nie cała rodzina. 
- Było dużo łez szczęścia - wzrusza się pani Ludmiła. - Każdego roku święta przebiegały w rodzinnej atmosferze wśród śpiewu kolęd. Brakowało mi jako dziecku wspólnego kolędowania w Kołomyi. Pamiętałam, jak chodziliśmy od domu do domu przebrani, radośni z kolędą. Wszędzie byliśmy serdecznie przyjmowani - dodaje. 
Pani Ludmiła była chrzczona dwa razy. Pierwszy raz w Kołomyi w cerkwi, kiedy była malutka. Po przyjeździe do Polski, aby przyjąć pierwszą komunię świętą, została powtórnie ochrzczona w Kościele katolickim. Dobrze to pamięta, gdyż miał 9 lat. 
- Miłe i radosne wspomnienia przeplatają się ze smutnymi wątkami. Pamiętam z opowieści babci, jak na naszej ulicy gonili Żydów do gazu. Jedna z Żydówek była żoną Polaka, dlatego nie groziło jej w tym czasie niebezpieczeństwo. Pewnego dnia naszą ulicą pędzono Żydów na stracenie, zobaczyła wśród nich swoją rodzinę. Więź między nią a rodziną była tak silna, że nie wahając się ani chwili, dołączyła do nich dzieląc ich los, zostawiając swego męża. Nawet teraz, kiedy o tym wspominam, czuję smutek i żal. Trudnym przeżyciem dla mnie jako dziecka był los ukochanego pieska Puszka. Przeczuwając rozstanie, zginął pod kołami samochodu dzień przed naszym wyjazdem - dodaje. 
Wszyscy przodkowie z Kresów
Cała rodzina Andrzeja Szmigla pochodzi z Kresów. Strona ojca mieszkała w Stanisławowie, który teraz nazywa się Iwano-Frankowsk. 
- Dziadek był szewcem i rymarzem, utrzymywał rodzinę. Podczas okupacji jego córka, moja ciocia, została zabrana do Niemiec na roboty do bauera. Miała wtedy 16 lat. Później dostała się do obozu przejściowego i miała zamiar wrócić do Polski. Tutaj czekała na nią już rodzina, która zamieszkiwała w Racławicach Śląskich - mówi pan Andrzej. - Ciocia rozmawiała jednak z innymi w obozie, dowiedziała się, że jest możliwość wyjechania do Ameryki. Miała skończone 18 lat, napisała wniosek o azyl i się udało. Dostała się do Kanady, mieszka tam do dziś. Ma 96 lat - dodaje. 
Drugi dziadek pana Andrzeja, ze strony mamy, mieszkał pod Łodzią. Babcia pracowała jako pomoc domowa. Wcześniej oboje mieli swoje rodziny, ale ich małżonkowie zmarli. Postanowili się ze sobą pobrać, urodziło się im jeszcze siedmioro dzieci, w tym ojciec pana Andrzeja.
- Kiedy przyszło im przejechać na ziemie odzyskane, osiedlili się w Pomorzowicach (gmina Głubczyce). Tam poznali się moi rodzice i wzięli ze sobą ślub - dodaje pan Andrzej. 
Babcia schowana pod armatą
Mirosław Maciaszczyk wspomina swoją babcię, która urodziła się w 1900 roku w Busku. Dziadków nie pamięta. Babcia chodziła do szkoły w Busku. Posługiwała się biegle językiem niemieckim, rosyjskim, znała łacinę oraz hebrajski, bo do szkoły uczęszczały Żydówki. 
- W czasie II wojny babcia, aby przeżyć, sprzedawała wyprodukowaną przez siebie żywność we Lwowie. Żeby dostać się do Lwowa, musiała udać się do stacji Krasne, która była oddalona 6 km od Buska. Czasami korzystała z uprzejmości znajomych, którzy furmanką jechali w tą samą stronę. Pewnego dnia w Krasnym dowiedziała się od kolejarza, że do Lwowa będzie jechał pociąg wojskowy, który stał na sąsiednim peronie. Babcia niewiele myśląc schowała się pod plandekę, która przykrywała armatę. Kiedy pociąg zatrzymał się we Lwowie, a babcia wychodziła spod plandeki, zobaczył ją rosyjski oficer. Uznał ją za dywersanta, chciał ją zastrzelić. Długo nie zważał na tłumaczenia, błagania, lament, żywność, którą miała przy sobie. Kiedy babcia straciła już nadzieję, oficer puścił ją wolną - opowiada Mirosław Maciaszczyk. 
Jego babcia często wspominała swego ojca, który był kołodziejem, mówiła, że był złotą rączką m.in. zbudował krosno, na którym tkał.
- W 1910 roku w Busku wybuchł pożar, który swym zasięgiem objął większość miasta. Mój pradziadek własnymi siłami odbudował dom. Często dziadek dorabiał u hrabiny mieszkającej w Busku. Z opowiadań babci wiem, iż u hrabiny Badeni był browar, gorzelnia, stadnina, pola. Okoliczni mieszkańcy tam pracowali. Hrabina była dobrą kobietą, która życzliwie odnosiła się do ludzi. Pewnego dnia dziadka zabrali Niemcy, którzy się wycofywali z obawy, żeby nie zasilił wojska rosyjskiego. Niestety, dziadek tej drogi nie przeżył, mimo iż babcia go wykupiła. Wyczerpanie, głodówka przyczyniły się do jego przedwczesnej śmierci. Babcia została wdową z dwójką małych dzieci. Trzeciego najstarszego syna Kazimierza nie było, gdyż w wieku 16 lat wywieziono go na roboty. Z Buska przyjechała pod Tarnów z dziećmi, a następnie do Klisina w powiecie głubczyckim. Kazimierz przeżył wojnę, odnalazł matkę i rodzeństwo - opowiada pan Mirosław. 
W 1953 roku jego babcia słuchała radia Wolna Europa, tak jak większość Polaków. W tym czasie, gdy Stalin umarł, życzliwy sąsiad doniósł o słuchaniu niedozwolonej rozgłośni. Babcia dostała karę 2 lat więzienia. Po odbyciu półrocznego wyroku została zwolniona.
Żeby młodzi pamiętali 
W lipcu 2019 roku Mirosław Maciaszczyk pierwszy raz pojechał na Ukrainę. 
- Przeszedłem na emeryturę, stwierdziłem, że nie mogę już odwlekać planowanego od wielu lat wyjazdu. Wybrałem się motocyklem, ponieważ chciałem ominąć kolejki na granicy. Podróż dla mnie jako emeryta nie była zbyt łatwa. W drodze złapała mnie ulewa. Dojechałem późnym popołudniem przemoczony do suchej nitki do Buska. W Busku zatrzymałem się, aby zasięgnąć informacji, gdzie mogę zanocować. Okazało się, że zapukałem we właściwe drzwi, gdyż w tym domu mieściła się polska plebania. Zostałem ugoszczony. Proboszcz był moim przewodnikiem. Za każdym razem, kiedy jestem we Lwowie lub Busku, odkrywam nowe, ciekawe miejsca i ludzi - dodaje.
Mirosław Maciaszczyk poznał Danutę Skalską, prezes Towarzystwa Miłośników Lwowa w Bytomiu, oraz Grażynę Orłowską-Sondej, które przeprowadzają akcje pomocowe dla Kresowiaków. 
- Z ich ekipami porządkowałem cmentarze. Będąc na kilku wykładach Tomasza Kuba Kozłowskiego w Strzelcach, zobaczyłem, że wiele osób jest zainteresowanych tematyką kresową. Powstał pomysł stworzenia w Strzelcach Stowarzyszenia Kresowian i się udało - mówi. 
Stowarzyszenie zaprasza wszystkich Kresowian, sympatyków oraz wszystkich zainteresowanych kultywowaniem tradycji kresowej na spotkania, które odbywają się w pierwsze środy miesiąca o godzinie 17.00 w miejskiej bibliotece. 
- Chcemy też aktywnie włączyć się w zbieranie dokumentów, pamiątek z Kresów, które będą wyeksponowane w powstającym muzeum kresowym w Brzegu. Zainteresowane osoby prosimy o kontakt pod numerem 667 855 363. Dziękuję również wszystkim, którzy włączyli się w akcję „Zaświeć gwiazdko dla Polaków na Kresach”. Dary bezpiecznie dotarły na Ukrainę. Obdarowani gorąco wszystkim dziękują za pamięć o nich i wsparcie. Korzystając z okazji, w imieniu Zarządu Stowarzyszenia Kresowego Strzelec pragnę złożyć wszystkim zdrowych, spokojnych, pełnych rodzinnego ciepła świąt Narodzenia Pańskiego. Wszelkiej pomyślności w nowym roku - dodaje Mirosław Maciaszczyk.

Joanna Gerlich

Podziel się:

Oceń:


Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.


Pozostałe